czwartek, 9 czerwca 2011

Wielowymiarowość szachów - w tym tkwi magia, siła oraz potęga królewskiej gry

Pewnie duża część szachistów będzie miała poważne problemy ze zrozumieniem tego co napiszę w tym wątku. Niemniej chyba jest to więcej niż konieczne.

Szachy są WIELOWYMIAROWE. Przynajmniej ja je tak postrzegam, doświadczam, odczuwam oraz oceniam. Nawet jeśli dla innych nie są, to dla mnie jak najbardziej są. Poniżej pokaże dlaczego:

1) Szachami może zajmować się każdy
Nie ważne czy masz lat 6, 20, 85 czy 55. Nie ma znaczenia czy jesteś kobietą czy mężczyzną. To czy wierzysz w Boga czy też jesteś biedny czy bogaty albo czy jesteś innego koloru skóry niż większość populacji. Nie liczy się także to czy jesteś mądry czy głupi, czy mieszkasz na wsi czy w mieście oraz czy masz umiejętności, których inni nie mają (albo na odwrót). Liczy się JEDYNIE to, że jest coś co sprawia, że chcesz i zajmujesz się szachami.

2) Szachy mogą dawać wiele radości
Nie ważne w jaki sposób wykorzystujesz szachy, po to, aby sprawiały ci radość. Jeśli jeszcze jest coś co sprawia, że inni także cieszą się tym, że zajmujesz się szachami i mają z tego jakieś korzyści, to coś pięknego. Nie ma znaczenia czy zajmujesz się historią szachów, piszesz artykuły szachowe, rozgrywasz wspaniałe partie, uczestniczysz w turniejach, wygrywasz mecze, analizujesz różne pozycje szachowe, prowadzisz lekcje albo ćwiczenia szachowe. Powodów i możliwości są tysiące (a może i miliony?!).

3) Szachy mogą być postrzegane wielowymiarowo.
Dla jednych będzie to gra, dla innych sztuka, dla jeszcze innych nauka. Są także tacy, którzy zajmują się szachami i odnajdują w nich coś czego nie widzą i nie rozumieją inni. Czasem będą to badania szachowe, innym razem analizy (debiutów, końcówek, gry środkowej), a jeszcze innym razem - artykuły szachowe czy też po prostu rozegrana partia.


No i na koniec: Szachy mogą być jak miłość, muzyka.... mogą czynić ludzi szczęśliwymi i dawać radość. I wcale nie ma znaczenia z jakiego powodu. Każdy może sam zdefiniować co będzie sprawiało, że szachy będą dla niego w pewien sposób ważne, ciekawe czy też fascynujące. Nie zapominajmy bowiem, że szachy są jak ocean, w którym słoń może się wykąpać, komar może się napić, mol może poszaleć i nieco popływać,  demon może zachwycać się ich pięknem oraz tworzyć coś niesamowitego.... a dzik może wygrywać z kolejnymi przeciwnikami. A co z Hajdzikiem?! No jasne!.... a Hajdzik może się dzięki szachom rozwijać, stale uczyć nowych rzeczy oraz doświadczać tego, że szachy są w pewien sposób nieskończone i niewyczerpane! :)

PS. Mała zagadka dla klanowiczów dziki. Jak się nazywa dzik, który zawsze wita się ze wszystkimi?

poniedziałek, 30 maja 2011

Najlepszy sposób na szachowy postęp według wielkiego Capablanki

What is the best way to improve?

"There is only one recipe. First all there must be the willingness* to study. Secondly, practice diligently and make it a point to meet stronger opponents. If that does not work give it up. Be content to be a wood shifter. That, too, has its joys and compensations."

Jaki jest najlepszy sposób, aby robić postępy w szachach?

Jest tylko jeden przepis. Przede wszystkim musi być chęć do studiowania. Po drugie, należy wiele praktykować (czyli grywać) i stale mieć cel, aby spotykać się (w celu rozgrywania kolejnych partii) z silniejszymi przeciwnikami. Jeśli to nie będzie działało (przynosiło sukcesów), to odpuść sobie (zrezygnuj z tego). Bądź po prostu zwykłym grajkiem ("przesuwaczem drewna"). To również ma swój urok oraz rekompensatę.

Taką radę dał Capablanka (były mistrz świata - uznawany za jednego z geniuszy szachowych, który miał niemal intuicyjne wyczucie szachów).

* słowo "willingness" - oznacza dosłownie: gotowość do zrobienia czegoś; osobiście bym to nazwał jako "świadomy wybór związany z realizacją danego celu". Często się mawia, że ktoś dojrzał do pewnych spraw. Jest to moim zdaniem właśnie połączenie "dojrzałości" oraz "chęci zrealizowania celu" - czyli gotowość do poświęcenia się czemuś. Tak, tak - aby odnosić (znaczące) sukcesy, konieczne jest przynajmniej częściowe poświęcenie się danej materii. Przy okazji warto dodać, iż bez umiłowania ("uwielbiam to co robię, nawet jeśli bywa trudne"), wytrwałości ("tak, będę to robił przez następne 10-20 lat") oraz determinacji ("jeśli będzie trzeba, to ograniczę inne aktywności i więcej czasu oraz energii poświęce na to co zdecydowałem") nie będzie możliwe uzyskiwanie (zbliżanie się do) poziomu mistrzowskiego oraz osiąganie znacznych postępów (wraz z wynikami naszej pracy).

Moim zdaniem jest to bardzo ogólna rada, niemniej zawiera całą esencję tego co obecnie jest rozkładane na czynniki pierwsze. Omawiają to współcześni autorzy szachowi (zwykle trenerzy i instruktorzy, a niekiedy we współpracy z praktykami - zawodowymi szachistami), ujmując to w kategoriach szachowego treningu, metod przygotowania, rozwoju szachowego, pracy nad błędami oraz systematycznego kursu lub programu szachowej nauki (edukacji). Obecnie jest co najmniej około 30-50 podręczników (w języku angielskim i rosyjskim), które omawiają tego typu zagadnienia. I co ważne: są one naprawdę coraz wyższej jakości, chociaż niektóre z nich są raczej przewodnikami, a kilka z nich typowymi "samouczkami" (np. od poziomu 1000 do 1600, czy też od 1800 do 2100).

Jeśli będziecie chcieli, abym opisywał tego typu książki (co zawierają, dla kogo są przeznaczone i jakie zawierają zagadnienia), to proszę o komentarze (potwierdzenie). W tym momencie mam co najmniej kilka takich pozycji, więc co jakiś czas mógłbym prezentować tego typu opisy (recenzje) pozycji typowo szkoleniowych (mam na myśli te, które zawierają znacznie "postęp" czy też "polepszenie gry" w swojej treści).

wtorek, 24 maja 2011

Nauka szachów: mam się uczyć tego co muszę, chcę czy czego powinienem?

Tym razem napiszę krótko o nauce szachów.
Zauważmy, że jest przynajmniej kilka możliwości uczenia się szachów:
1) uczenie się tego co muszę
2) uczenie się tego co powinienem
3) uczenie się tego co chcę

W tym momencie przychodzi na myśl CEL takiej nauki. W przypadku braku chęci uzyskiwania wyników wystarczy uczyć się tego co się chce (#3). Jeśli ktoś jednak chce mieć przyzwoity poziom gry, to warto uzupełniać braki w edukacji szachowej, a wtedy trzeba się uczyć tego co powinniśmy (#2). Natomiast jeśli ktoś rozważa szachy w aspekcie profesjonalnym (czyli wyniki, efekty, rankingi, turnieje, nagrody, itp.), wówczas jedynym wyjściem jest uczenie się tego co się musi umieć (#1).

Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że w dowolnym okresie (życia oraz kariery szachowej) można się przełączać między tymi celami nauki. Można także wypróbować jak będziemy funkcjonować, gdy narzucimy sobie pewien reżim treningowy (ew. wyniki, które chcemy osiągnąć - np. osiągnięcie 1 kategorii) oraz przez pewien czas - jak nam się pracuje (i jak się z tym czujemy), gdy uczymy się wyłącznie tego co chcemy (czyli typowe granie dla przyjemności).

Gdyby schematycznie rozrysować wszystkich szachistów jako całość (100%), to największa grupa będzie typowych zapaleńców, amatorów i pasjonatów szachowych (#3), następnie kolejno ci, którzy chcą się czegoś o szachach dowiadywać i czasem grywają w turniejach (z różnymi wynikami, ale na pewno uczestniczą w życiu szachowym) (#2) oraz na samym końcu zawodowi szachiści (#1).

Podobnie jak ze skalą trudności: najwięcej energii, czasu oraz poświęcenia wymaga podejście nr 1 (zawodowcy), następnie nr 2 (półzawodowcy i silni amatorzy) a na końcu podejście nr 3 (typowi amatorzy, pasjonaci i zapaleńcy szachowi).

Można też podzielić proces uczenia się szachów (mowa o nauce teorii) na materiał, który lubimy (A) i taki, którego nie lubimy (B). Nie wnikam w przyczynę tego dlaczego pewne elementy szachowej teorii jedni lubią a inni nie lubią - po prostu: każdy ma swoje podejście do szachów i to co bardziej i mniej lubi (czy wręcz niekiedy nawet to czego nie cierpi).

Moim zdaniem należy uczyć się przede wszystkim tego co nam sprawia radość, przyjemność i zadowolenie. Niemniej jeśli komuś zależy na rezultatach i (coraz wyższej) jakości gry, to konieczne jest także przyswajania tego czego nie lubimy. Zwykle istnieje "dziwna" zależność, że gracze, którzy nie lubią danej części teorii... bywają zadziwiająco w niej słabi. Przykładowo ja nie cierpię debiutów, więc jestem w nich najsłabszy. Natomiast bardzo lubie końcówki, więc jestem w nich najsilniejszy. Niemniej teraz zamierzam nadrobić nieco moje zaległości poprzez naukę tego czego nie lubię (albo to czego się przez lata nie uczyłem, chociaż obiecałem sobie, że "od jutra się za to wezmę").

Teraz pytanie w jaki sposób podchodzić do materiału, który mamy opanować, a go nie lubimy? Moim zdaniem warto stosować różne triki i sztuczki. Jedną z nich może być to, aby uczyć się nielubianego materiału małymi dawkami. Kolejnym sposobem może być "przeplatanka". To znaczy - uczymy się tego czego nie lubimy przez 20-30 minut, a w nagrodę później uczymy się tego co najbardziej lubimy (np. kombinacji) przez kolejną godzinę albo półtorej.

Na koniec zapamiętajmy coś co stale powtarzają trenerzy i instruktorzy: NIE MOŻNA STAWAĆ SIĘ MISTRZEM (tzn. coraz silniejszym szachistą) jeśli ma się (zbyt) duże braki w poszczególnych elementach sztuki szachowej! Oto przyczyna dla której mistrzowie szachowi są równie trudni do ogrania w każdej fazie partii: debiucie, grze środkowej i końcowej.
Ponadto warto się także sprawdzać i doskonalić: nie tylko w szachach, ale i życiu... stawania sie mistrzem nie polega wyłącznie na robieniu rzeczy, które sprawiają nam przyjemność. Często bywa tak, że pewna dawka rzeczy nielubianych może nam bardziej pomóc aniżeli 10x większa dawka tych, które sprawiają nam przyjemność i wprawiają w stan zadowolenia! Najczęściej bywa tak, że dopiero wtedy, gdy jakość naszej sztuki szachowej nas nie zadowala.... to wtedy dopiero mobilizujemy się do tego, aby "coś z tym zrobić", prawda? :). Dlatego ważne jest to, aby starać się także uczyć tego co niewygodne, trudne czy też nie do końca przez nas lubiane. Zwłaszcza mówię o rzeczach, które przyniosą nam korzyści! Jak pisał bowiem jeden z arcymistrzów szkockich - GM Johnatan Rowson (w książce "Chess for Zebras"):
Postęp (szachowy) zaczyna się (dopiero) po przekroczeniu strefy komfortu ("Improvement begins at the edge of your comfort zone").

Mam nadzieję, że przekonałem was co do tego, że nie chodzi jedynie o samą przyjemność, lecz także o to, aby pracować nad tym co potrzebne i konieczne do odnoszenia sukcesów i rozwijania się dzieki szachom, prawda? :)

piątek, 20 maja 2011

Oszukiwanie siebie jako nienajlepszy sposób na robienie postępów w szachach

Niestety. Kolejny raz widzę, że zamiast POWAŻNIE podchodzić do partii to gram "na strzały" i kompletnie jak partacz. Na szczęście przeciwnicy mnie prostują i pokazują, że jeszcze dużo muszę się nauczyć, aby zacząc wygrywać. Przede wszystkim konieczne jest wzięcie się za PORZĄDNY szachowy trening i POWAŻNE podchodzenie do rozgrywanych partii. To jest dokładnie to co stale piszę Wam, a sam nie stosuje (tak, wstyd się przyznać!). Szlag mnie trafia, że przegrywam w tak prosty sposób (podstawiając pionki nawet jak nie jest to konieczne), ale niestety w tej chwili jeszcze nie dojrzałem szachowo do tego, aby dawać z siebie wszystko co na co mnie stać. Myślę, że jeśli wewnętrznie popracuję nad sobą, a dodatkowo nad szachowymi słabościami (debiut, gra środkowa, końcowki oraz taktyka!) to będzie widać efekty pracy (w postaci jakości partii, ale być może także i lepszych wyników). Nie może tak być, że gram, "aby zagrać".

No i chyba jedno z najtrudniejszych rzeczy, które są konieczne, aby stać się silnym amatorem szachowym: znosić porażki z godnością oraz pokorą. Wyciągać wnioski, pracować nad eliminowaniem słabości i stale sprawdzać się z lepszymi. To nie ma końca, ale tylko w ten sposób można coś osiągnąć. Nawet jak dzięki szachom widzimy, że czasem zagraliśmy jak osoba upośledzona szachowo. Tyle, że upośledzeni nie zdają sobie z tego sprawy, a ci, którzy marzą o sukcesach... tak!

Moim celem na kolejne 2-3 lata będzie rozegranie ok. 500-600 partii poważnych - wtedy powinienem dojść do mojego maxa (tzn. 90-95% możliwości realizacji potencjału szachowego). Wiele razy udowadniałem sobie, że potrafię pewne rzeczy zrobić. Najtrudniejsze jednak jest to, aby zrobić coś setki razy powtarzając te same czynności i tysiące razy godząc się z porażkami, bólem, cierpieniem i tym co sprawia, że osiągnięcie mistrzostwa w szachach jest "zarezerwowane" dla nielicznych. Niemniej trening czyni mistrza, natomiast bez wytrwałej, ciężkiej i efektywnej pracy.... nie będzie długotrwałych efektów. Nie sztuka zagrać kilka partii na poziomie 2200-2300. Sztuka jest STALE potrafić grać na tak wysokim poziomie. Niemniej nic za darmo: pracujesz - zyskujesz; oszukujesz (siebie) - dostajesz (oszukane) marne efekty.
 
I na koniec: nie można stać się prawdziwym mistrzem (ekspertem) bez tysięcy godzin spędzonych na doskonaleniu siebie i materii w której chcemy być naprawdę najlepsi. Tak samo jak nie można się nauczyć robienia czegoś na bardzo wysokim poziomie, gdy nie doświadczymy tysięcy porażek. Sztuką jest bowiem wyciąganie z każdej z nich (!) wniosków oraz nie popełnianie dwa razy tego samego błędu. Sukces jest dużo prostszy niż się wydaje, ale wymaga POWAŻNEGO podejścia. Zwłaszcza jeśli to ma być trwały sukces, a nie chwilowe samozadowolenie!

poniedziałek, 16 maja 2011

Systematyczne granie poważnych partii na FICS: uzyskane efekty po 14 miesiącach

Po nieco ponad roku grania (dokładnie 14 miesięcy) poważnych partii zauważam, że moja praktyczna siła zaczyna się nieco podnosić, a co najważniejsze zaczyna być widoczna TWARDOŚĆ w grze, stawianie dobrego oporu oraz dużo myślenia oraz liczenia! Jak z powyższych wykresów i danych wynika od marca 2010 do maja 2011 mój poziom na FICS wzrósł o jakieś 90-100 punktów. Jest to bardzo duża zasługa rozgrywanych trudnych pojedynków z różnymi graczami. Gram bowiem w lidze (obecnie w 3 drużynach) jak i w Powolniaku oraz w 2 turniejach (STC Bunch oraz Rainbow Warriors). To gwarantuje mi, że zwykle w tygodniu zagram 5-6 partii poważnych. Może wydawać się to niewiele, niemniej jeśli porównamy to do tego, że w ciągu 14 lat rozegrałem ok 240 partii klasycznych (w tym 200-210 na zapis jako oficjalnie w turnieju lub lidze szachowej).
 
Natomiast w ciągu ostatnich 14 miesięcy już 90... to widać DUŻĄ różnicę, prawda?! Na serwerze FICS udaje mi się osiągać ranking w granicach 1900-1950. Gram na 95% mocy, więc teraz kolejny wzrost poziomu będzie związany nie tylko z graniem, lecz z dodatkowym przyswajaniem wiedzy.

Szczerze mówiąc to podejrzewałem, że po roku efekty samego grania (niestety jeszcze nie zacząłem treningu poza 1 zbiorem zadań przerobionym w ostatnim roku i jednej książeczce) będą oscylowały w ramach +50 do +60 punktów (tzn. 1830 na 1890). Niemniej po 90 partiach i maksymalnym wysiłku z mojej strony poziom mojej gry wzrósł od 1830 do 1930! Czyli aż 100 oczek! Rzecz jasna nie jest on jeszcze maksymalnie stabilny, niemniej jeśli się poważnie skupię, bo zwykle jestem w stanie nawiązywać walkę z zawodnikami nawet poziomu 1900-1960 (rok temu ledwie 1820-1860).

W tym momencie czuję, że dalej ranking raczej już sam nie urośnie (max do 2000-2020), gdyż brakuje zasobu wiedzy oraz rozwiązywanych zadanek (kombinacje i końcówki zwłaszcza, ale strategia i plany oraz debiuty też by się przydało w końcu ruszyć).

Dlatego jeśli jesteście ambitnymi pasjonatami i amatorami szachowymi i chcecie się sprawdzić z POWAŻNYMI zawodnikami (a za takich uważam tych w granicach 1800-2200), to koniecznie pomyślcie o rozgrywkach na FICS. Dla mnie to jedyna realna droga dzięki której mogę czuć, że moja gra coraz bardziej zawiera plany, ocenę, liczenie oraz dużo myślenia i walki! :). Coś czego dawniej nie było, bo w blitzach nie było na to czasu, zgody oraz chęci ;).

Zapraszam do komentowania - jeśli macie ochotę :)

PS. Na kurniku rzadko już grywam, bo szkoda mi czasu: wolę zamiast 10 blitzów zagrać 1 lub 2 poważne partie. Obecnie to moje priorytety (poza zabraniem się za czytanie książek oraz jakieś zadanka w końcu).

piątek, 13 maja 2011

Efekty grania poważnych partii - krótkie podsumowanie

Od marca 2010 roku gram POWAŻNE (jak dla mnie) partie, które są typu standard. Oznacza to, że jest minimum 30 minut na zawodnika. Najczęściej jest to tempo 45+45 lub 60+10 (ew. 60+30).

Grywam na FICS w takich rozgrywkach jak: 6 edycja Powolniaka (kilkanaście partii w ciągu pół roku); ligowe rozgrywki na FICS: T44, i obecnie T45 (w 3 drużynach); uczestniczę w turnieju STC Bunch i Rainbow Warriors. Prócz tego od czasu do czasu (2-4 partie tygodniowo) na FICS grywam z kolegami na 45 lub 60 minut na FICS.

Jak widać od końca marca 2010 do połowy maja 2011 (czyli w 14 miesięcy) z początkowego poziomu 1840 udało mi się uzyskać dość stabilny poziom 1940 (obecnie).

Wymagało to ode mnie rozegrania 82 partii (!). Dawniej rocznie rozgrywałem (w realu (na necie grywałem jedynie na 5 lub 7 minut, czasami na 10) rocznie około 15 partii typu standard (45 lub 60 minut). Obecnie jestem ABSOLUTNIE przekonany o tym, że konieczne jest praktyczne doświadczenie oraz przynajmniej ogólna analiza tego co rozegraliśmy. Dzięki analizie bowiem jesteśmy w stanie dowiedzieć się tego co robimy nieprawidłowo i jak (dzięki ćwiczeniom) to poprawić. Tak więc KLUCZEM do sukcesu (mistrzostwa) szachowego z pewnością jest rozgrywanie poważnych partii, ich analiza oraz poprawianie błędów dzięki diagnozie na podstawie partii.

Dawniej nie zdawałem sobie sprawę, że praktycznego doświadczenia (z poważnych partii) nie da się wyczytać z książek. Teraz jestem o tym absolutnie przekonany i rozumiem dlaczego osiągnąłem jedynie (jak dla mnie to "aż"!) 2 kategorię.

Poniżej przedstawiam wykres moich statystyk: (ranking jaki mam na przestrzeni 14 miesięcy oraz odpowiednio z jakimi przeciwnikami uzyskuje osiągnięcia rankingowe - rating performance):



wykres rozgrywanych partii na FICS typu standard i uzyskiwany ranking w danym okresie


Ranking przeciwników z różnych grup (przedziałów rankingowych) oraz uzyskiwane z nimi wyniki rankingowe (na zielono ilość przeciwników z danego przedziału, a obok po prawej na czerwono uzyskany wynik w danej grupie)


Podsumowując: jeśli NAPRAWDĘ zależy ci na stałym podnoszeniu poziomu gry... to rozgrywaj poważne partie! Takie w któych czas do na namysłu to przynajmniej 45 lub 60 minut dla zawodnika (oczywiście jeśli masz możliwość grania na 90 lub 120 minut i z silnymi przeciwnikami, to jest to idealne rozwiązanie).

Rozgrywanie partii długich sprawia, że masz szansę na to, aby w ciągu przeciętnie 40-60 ruchów (po tylu ruchach zazwyczaj partia jest rozstrzygnięta, chociaż niekiedy bywają także po 80-100) znaleźć najlepsze ruchy: ocenić pozycję, znaleźć odpowiedni plan, sprawdzić poprawność tego co sam zagrywasz i co przeciwnik zagrał. Bez przynajmniej 60 minut nie będziesz w stanie tego dokonać. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy twój przeciwnik nie stawia odpowiedniego oporu (słowem jest zbyt słaby) - wtedy zwykle wystarcza nawet 20 czy 30 minut. Niemniej przy silnych przeciwnikach będziesz musiał bardzo dużo myśleć, liczyć, oceniać i sprawdzać - z uwagi na to, że szachy to bardzo skomplikowana gra (na poziomie mistrzowskim).

sobota, 23 kwietnia 2011

Bez grania wielu poważnych partii nie da się grać solidnie

Na początek, aby dyskusja nabrała rozpędu... trochę statystyk:

W sumie w ciągu 13 miesięcy (w okresie od 2010-03-27 do 2011-04-22) rozegrałem na serwerze FICS aż* 70 poważnych partii (2 partie rozegrane na czas 15+0 nie uznaje za poważne). Za takie uznaję bowiem partie rozgrywane tempem minimum 30 minut na zawodnika (najlepiej to 45, a idealnie to 60 minut). 

* - aż oznacza, że wcześniej na Internecie nie grywałem tego typu partii w ogóle. Wydawało mi się, że nikt nie gra tak długich partii (mit nr 1) oraz że ja po kilkunastu tysiącach blitzów nie będę w stanie grywać na tak długi czas (30 lub 45 minut na zawodnika dla blitzkarza to wieczność, a partie typu 60 lub 90 minut to coś jak dobry sen w czasie partii). Najkrótsza miała 12 ruchów, zaś najdłuższa 76. Najlepsze osiągniete wyniki to remis z 2210 i 2026 oraz wygrana z 1997, 1995 i 1964. Jeśli chodzi o długość partii to kilka z nich trwały po 3 do 3,5 godzin! Proszę sobie wyobrazić jaki to ogromny wysiłek, gdy przez 3 godziny stale rozwiązuje się problemy widoczne na szachownicy (najlepiej porównać to z pisemnym egzaminem maturalnym z matematyki, chociaż o ile się orientuje to obecnie trwa on około 2 lub 2,5 godziny).

Pewnie wielu z was zastanawia się w jakim celu o tym piszę. Może chce się pochwalić? A może raczej chce na coś znowu zwrócić uwagę? Jeśli wybraliście wariant nr 2 to trafiliście ;).

No i zobaczmy tytuł dzisiejszego wpisu: Bez grania wielu poważnych partii nie da się grać solidnie.

Co to w praktyce oznacza? Pisało o tym wielu autorów (m.in. Dan Heisman) oraz zaleca wielu trenerów oraz instruktorów. Co takiego? To, aby GRAĆ dużo partii poważnych! Jak dużo? Zwykle dawka gry w realu nie powinna przekraczać 80 partii. Czemu? Ponieważ jest to naprawdę duże obciążenie dla organizmu, a człowiek to nie maszyna! Musi mieć czas na odpoczynek, regeneracje oraz trening między graniem w szachy. Natomiast 80 partii to zwykle jakieś 9 turniejów (zwykle na turnieju rozgrywane jest 9 rund). Natomiast 9 turniejów oznacza cały rok grania w szachy "na okrągło". Oczywiście w czasie wakacji jak mamy wolne (mowa o uczniach i studentach), to wówczas można więcej rozegrać partii. Jednak w okresie pracy (czy to szkoła czy praca, gdy jest się już dorosłym) zwykle trudno jest rozegrać więcej niż 40-50 partii (wychodzi średnio rozgrywanie turnieju co 1,5 miesiąca!).

Co daje rozgrywanie partii poważnych? Przede wszystkim PRAKTYCZNE doświadczenie! Można bardzo dużo czytać, trenować z komputerem oraz rozwiązywać różnego typu zadania. Jednak jeśli nie grywamy partii poważnych (w realu czy na Internecie - ważne, aby były rozgrywane z odpowiednim nastawieniem, dłuższym czasem do namysłu oraz silnymi przeciwnikami), wówczas nasz poziom raczej nie będzie szybko miał okazji się zwiększać.

W Internecie (głównie na kurniku) rozegrałem ok. 25 tysięcy blitzów (3 i 5minutówek). Przeliczając to na doświadczenie to uważam, że 100 partii poważnych jest warte około 5 do 6.000 blitzów. Tak więc polecam rozgrywanie poważnych partii jeśli ktoś chce myśleć o tym, aby jego poziom szedł w górę (nie od razu, ale powoli i systematycznie do przodu). Zwłaszcza, że w tego typu partiach gdzie na zawodnika jest 60 lub 90 minut jesteśmy w stanie dać z siebie naprawdę dużo. Czemu? Ponieważ mamy czas, aby stworzyć plan swój, odkryć (i najlepiej jeszcze pokrzyżować) plany przeciwnika oraz sprawdzić różne kontynuacje gry i wybrać jedną z nich (w domyśle najlepszą na jaką się zdecydujemy). Wbrew pozorom partia trwająca 40 ruchów z odpowiednio silnym przeciwnikiem (1900 mający formę potrafi nas już naprawdę nieźle zmęczyć) daje dużo myślenia, sprawdzania, testowania, oceniania. No i co niezwykle ważne w mojej ocenie: w tego typu partiach czynnik losowy schodzi do zera. Nie ma bowiem konieczności wykonywania ruchu tylko dlatego, żeby nie przegrać na czas, lecz można się odpowiednio długo zastanowić, ocenić, przeliczyć, sprawdzić i dopiero potem wybrać najlepszą kontynuację. Pewnie lepiej sobie wyobrazicie to o czym myślę, gdy powiem, że tak naprawdę w takiej poważnej partii rozgrywamy niejako kilka partii na raz - przy czym jedną jako główną, a inne (jako sprawdzanie wariantów i ich ocena) jako krótsze, które po "przegranej" (tzn. ocenie pozycji na końcu danego wariantu, że nie jest tym co nas zadowala) natychmiast kończymy. I tak 20, 30 a niekiedy nawet i 50 razy w każdej partii! Z tego właśnie płynie siła szachowa! Nie tylko z tego, że "siedzimy dłużej". Dlatego właśnie wykorzystanie <80-90% czasu do namysłu w tego typu partii jest marnotrawstwem! Bo to zwykle oznacza, że nie wykorzystaliśmy wszystkich możliwości, aby sprawdzić najlepsze możliwości, które tkwią w pozycji! Zwykle analiza z trenerem lub instruktorem pokazuje to jak wiele znacznie lepszych możliwości uciekło naszej uwadze. Z kolei analiza silnikiem (obecne mają po około 3000 ELO na średnio mocnym komputerze!) pokazuje nam jak ogromne taktyczne możliwości zostały przez nas pominięte!

Wracając jeszcze do statystyk. Co dało mi rozegranie na FICS w ciągu okresu 13 miesięcy 70 poważnych partii? Otóż to, że powoli nabieram czucia związanego z tym jak należy grać w danych pozycjach, kiedy atakować, kiedy się bronić... oraz nawet po pobieżnej analizie - ile błędów (zwłaszcza taktycznych!) jest w moich partiach! Szczerze mówiąc, to przez kilkanaście lat w których rozgrywałem poważne partie w realu (na turniejach i w ramach ligii szachowej) nie zdawałem sobie sprawy z ich wartości. A tym bardziej z tego, że rozegrane w ciągu 11 lat zaledwie 200 partii to mniej więcej odpowiednik 3 lat poważnego grania! (średnio powinno się rozgrywać 60-70 partii poważnych).

Oczywiście nie muszę chyba dodawać, że rok temu, gdy zaczynałem rozgrywać poważne partie... to zamiast myślenia były wyłącznie odruchy (skutek kilkunastu tysięcy blitzów!). Obecnie odruchy blitzowe zanikają, niemniej jeszcze moja gra jest nie tylko zbyt szybka, ale przede wszystkim za płytka. Niemniej cieszy, że udało mi się osiągnąć i ustabilizować poziom 1900 na FICS. Nie jest to jakoś specjalnie dużo, ale jeśli wziąć pod uwagę to, że ranking nie spadał poniżej 1850 to myślę, że należy to uznać za sukces. Wielu moich kolegów, którzy także grywają na FICS nie osiągnęło jeszcze poziomu 1900 (lub wyższego) na stale, pomimo że rozegrali dużo więcej partii ode mnie. Osobiście doświadczam tego, że nie jest to takie łatwe jak się wydaje, zwłaszcza gdy gra się w ramach rozgrywek ligowych. Są one bowiem jednymi z najbardziej prestiżowych i najpoważniejszych rozgrywek, więc zdecydowana większość zawodników rozgrywa wówczas swoje partie "na 200% mocy".

Wniosek: jeśli zależy ci na solidnym rozgrywaniu partii oraz nauce zrozumienia szachów na coraz to wyższym poziomie... to granie POWAŻNYCH partii jest niezbędne! Dodam, że jeden z rosyjskich trenerów zalecił swojemu podopiecznemu rozgrywanie wyłącznie partii na co najmniej 45 lub 60 minut i po 1,5 roku takiego treningu z kandydata na mistrza uzyskał poziom (a z nim i tytuł) mistrza! Tak więc chyba jest w rozgrywaniu poważnych partii jest coś więcej, prawda? ;) :).

PS. Mój ranking i poziom na długich partiach ma dość duży związek z tym, że w taktyce szukam ratunku: zarówno gdy pozycja jest równa jak i znacznie częściej - gdy jest gorsza. Jeśli bowiem odpowiednio długo stawia się bardzo silny opór, to często przeciwnik nie wytrzymuje i w końcu popełnia błąd, a tym sposobem "wracamy do gry". Oczywiście także końcówki są bardzo ważne bo dzięki nim można zremisować pozycje, które na pierwszy rzut oka wydają się naprawdę mało sensowne do uratowania!

sobota, 16 kwietnia 2011

Osiągnięcia i postęp w szachach - oczekiwania, plany i ich realizacja, czyli o tym jak mierzyć siły na zamiary

Ostatnio nieco myślałem nad tym, co powoduje sytuacje "ściany", czyli takie w których "stoimy w miejscu i nie wiadomo co ćwiczyć". Uważam, że takie zjawiska mają miejsce gdy:

1) nie robimy analiz, więc nie do końca wiadomo w których elementach odbiegamy znacznie bardziej
2) nie mamy określonego celu, który chcemy osiągnąć
3) przeskoczyliśmy na poziom w którym można powiedzieć, że "już coś gramy" - zwykle jest to poziom w granicach 1600-1800


No i teraz czemu tak się dzieje, że dalszego postępu nie widać, a my nie do końca wiemy "nad czym teraz trzeba pracować".

1) Na samym początku, gdy zaczynamy szachową edukacje zrobienie postępu jest stosunkowo najłtawiejsze i najszybsze. Dojść od poziomu 1000 do 1800 można w 12 do 18 miesięcy ciężkiej, systematycznej, wytrwałej i efektywnej pracy. Jeśli zaś pracuje się "losowo" to zwykle zajmuje to wtedy 4 do 8 lat.

2) Gdy już osiągniemy poziom 1700-1800, wtedy "gra sama się nie poprawia". Można dużo grać, ale zwykle nie będzie większych zmian na plus w naszym zrozumieniu gry i/lub sile praktycznej. Dlaczego? O tym za chwilę.

3) Osiągnięcie poziomu "końca automatycznego postępu" powoduje, że kolejne wskakiwanie na wyższe poziomy wymaga przemyślanego planu i jego realizacji. Bez nie raczej będzie to trudne, a niekiedy nawet niemożliwe. Zobaczcie wokół i popytajcie jak wielu jest graczy, którzy nie pracują nad szachami planowo i systematycznie (zwykle mając do dyspozycji trenera czy instruktora oraz będąc członkiem klubu szachowego) oraz mają ranking wyższy niż 1900-2000. Zapewniam, że to zwykle nie więcej niż 7-8% wszystkich pasjonatów i amatorów szachowych.


No i teraz mam nadzieję, że powoli widać, iż w szachach od poziomu 1800 (odpowiednik 2 kategorii szachowej męskiej) POSTĘP WYMAGA ZAPLANOWYCH DZIAŁAŃ i ICH REALIZACJI. Słowem - ten kto nie pracuje odpowiednio (w domyśle planowo oraz systematycznie i efektywnie) ten zwykle "nie przechodzi do następnej klasy". To układa się mniej więcej podobnie do tego jakbyśmy mieli do czynienia z czymś w rodzaju edukacji szkolnej.

Analogicznie w szachach można wyróżnić pewne etapy (kolorem zaznaczyłem ostatni etap, którego ukończenie daje możliwość bycia ekspertem - o tym niżej):

a) żłobek (wiek około 4-5 lat i okres 1-2 lat przebywania), to szachowe 900-1050.
b) przedszkole (wiek około 5-6 lat i okres 1-2 lat przebywania) to szachowe 1051-1200.
c) szkoła podstawowa (wiek około 6-7 lat i okres 6 lat przebywania) to szachowe 1201-1600.
d) szkoła gimnazjalna (wiek około 12-13 lat i okres 3 lat przebywania) to szachowe 1601-1900.
e) szkoła średnia (wiek około 15-16 lat i okres 3-4 lat przebywania) to szachowe 1901-2100.
f) szkoła wyższa [licencjat] (wiek około 19-20 lat i okres 3 lat przebywania) to szachowe 2101-2300.
g) szkoła wyższa [magister] (wiek około 22-23 lata i okres 2 lat przebywania) to szachowe 2301-2400.
h) szkoła wyższa [doktorat] (wiek około 24-25 lat i okres 3 lat przebywania) to szachowe 2401-2600.


Oczywiście nie są to konkretne dokładne wyliczenia z badań na dużej grupie, lecz myślę, że mogą pomóc LEPIEJ zrozumieć te idee, które chcę przekazać. Powyższy schemat jest czymś na kształt wzorca pokazującego jaki poziom powinien osiągać zawodnik, który ma swój plan pracy oraz systematycznie (optymalnie) pracuje nad szachami i zalicza kolejne egzaminy semestralne i końcowe. Dla amatorów i pasjonatów szachowych, którzy nie pracują "na poważnie" (czyli planowo, systematycznie, wytrwale, itp.) zwykle te poziomy są obniżone o około 100-200 oczek (w zależności od tego na ile profesjonalnie pracuje dany zawodnik - im bardziej tym mniejsze odchylenie od wzorca).

Zobaczmy wokół i popytajmy znajomych (można także samego siebie oceniać):

1) jaki % z nich wszystkich (100% to wszyscy, a 0% to nikt) kończy szkołę podstawową, gimnazjalną
2) jaki % z nich wszystkich kończy szkołę średnią,
3) jaki % z nich wszystkich kończy szkołę wyższą:
a) na poziomie licencjata (3 letnie studia)
b) na poziomie magistra (3 letnie studia + kolejne 2 lata)
c) na poziomie doktoratu (3 letnie studia + 2 lata + kolejne 3 lata)

W moim przypadku 90% znajomych kończy szkołę średnią, 80% z nich kończy licencjata, 60% skończyło magistra, a doktorat to już tylko 10%. Tak więc widać, że "ścianą" w przypadku moich znajomych jest poziom (zdobycia) magistra.

Według mnie szachowo odpowiada to mniej więcej amatorom i pasjonatom szachowym, którzy bez odpowiedniej edukacji szachowej osiagają "ścianę" na poziomie 1900-2000. 95% graczy, którzy mają poziom wyższy niż 2000 to osoby, które grywają lub grywały w wielu turniejach, ligach szachowych, chodzą lub dłuższy czas chodziły do klubu i pobierały formalne szkolenie oraz analizowali (analizują) swoje partie. Dodatkowo są to osoby, które co najmniej 8-10 lat grywają w szachy (w tym przynajmniej 6 lat "na poważnie").

I teraz wracając do wyjściowych naszych rozważań - zobaczmy JAKI procent naszych znajomych (i my sami) zaczyna SAMODZIELNIE studiować szachy oraz "robi studia szachowe" (w sensie edukacji). Z moich spostrzeżeń wynika, że zdecydowana większość (90-95%) kończy edukację na poziomie szkoły średniej. Czy to coś złego? Absolutnie nie. Po prostu pokazuje to, że od poziomu skończenia szkoły średniej nie jest możliwe (albo jest bardzo trudne jak kto woli) robienie postępów w takim tempie jak poprzednio bez PROFESJONALNEGO podejścia - a z tym się wiąże plan pracy i jego realizacja.

Dlatego zadajmy sobie sami pytanie - czy jestem gotowy na to, aby samodzielnie realizować plan i zakres studiów (bez względu na to jakiej dziedziny). Czy być może wystarczy mi jak skończę szkołę średnią? A może też jedynie gimnazjum? Nie każdy musi być mistrzem, nie wszyscy muszą być doktorami czy magistrami. Oczywiście nie oznacza to, że nie można próbować "na własną rękę", ale pamiętajmy o tym, aby "nie wyskakiwać z motyką na słońce" i aby nasze oczekiwania (zamierzenia) były adekwatne do naszych możliwości (tych tak do końca nie sposób zmierzyć, ale na pewno można szacować wszelkimi testami oraz wynikami osiągniętymi oraz umiejętnościami posiadanymi wraz z zasobem wiedzy i doświadczenia) połączonej z odpowiednim podejściem (postawą) i pracowitością. Większość sukcesów (nie tylko w szachach) to przede wszystkim systematyczna praca nad realizacją planu. Jednym zajmuje osiągnięcie go 2 lata, innym 10 czy 20, a jeszcze inni ustawiają zbyt wysoko poprzeczkę, a później dziwią się, że "stale próbuje, ale nigdy nie mogę tego osiągnąć". Być może warto zastanowić się nad tym czy odpowiednio pracuje i czy zamierzony (zaplanowany) cel jest realistyczny. No i nie bez znaczenia: za jaką cenę chcę osiągnąć dany cel? Wszystko bowiem co CENNE wymaga zwykle większego lub mniejszego POŚWIĘCENIA. A mówiąc prostszym językiem: "(wieloletni, systematyczny i efektywny) Trening czyni mistrza" oraz "bez pracy nie ma kołaczy".

Mówi się, że aby zostać ekspertem w dowolnej dziedzinie (nauki, sportu, itp.) konieczne jest zrealizowanie tzw. zasady "10.000 godzin". Zwykle prosto jest sobie wyobrazić jak długo i cierpliwie oraz wytrwale trzeb pracować na status "eksperta" - zakładając codzienną pracę po 3 godziny, rocznie wychodzi ich 1000 (333x3, czyli mamy 30dni na odpoczynek i chorowanie). Natomiast jeśli w ten sposób (codziennie 3 godziny pracując) będziemy pracowali przez okres 10 lat, wtedy jest gwarancja, że staniemy się ekspertami wdanej dziedzinie (mistrzami jak kto woli).

Być może teraz głębiej zrozumiemy szachową analogię w oparciu o edukację szkolną. Zobaczymy wówczas, że szachowy ekspert to zwykle szachista, który ma poziom zrozumienia co najmniej na poziomie 2300 (Mistrz Fide lub mistrz krajowy jak ktoś nie chce mieć międzynarodowego). A to oznacza, że trzeba co najmniej mieć ukończony poziom szkoły wyższej na poziomie co najmniej licencjata (szachowe 2101-2300). A teraz policzmy ilu godzin nauki to wymaga (analogicznie biorąc nasz system edukacji jako łatwy i zrozumiały system). Policzmy od rozpoczęcia żłobka do ukończenia licencjata. Wychodzi nam: 4 lata (żłobek + przedszkole) + 9 lat (podstawowa i gimnazjalna szkoła) + 7 lat (szkoła średnia i licencjat). Razem daje nam to około 20 lat nauki (nie liczę tzw. powtarzania klasy). W ciągu roku szkolnego uczymy się (odliczam wakacje i wszelkie święta, ferie oraz innego typu wolne od nauki dni) dokładnie pół roku, co daje nam 26 tygodni; chodzimy do szkoły 5dni (razy) w każdym tygodniu i średnio uczymy się w szkole po 4,5 godziny (liczę "czystą" naukę bez przerw), więc wychodzi (rok szkolny "szachowy" jako): 26x5=130dni nauki, 130x4,5=585 godzin. No i ucząc się w ten sposób przez 20 lat wyjdzie nam: 20x585=11.700 godzin. Jeśli teraz weźmiemy pod uwagę to, iż ok. 10% czasu, zwykle nie jest efektywnie wykorzystany (jesteśmy wszak ludźmi a nie maszynami), to wyjdzie nam 11.700 - 1.170 = 10.530 godzin.

Tak więc tym oto "dziwnym trafem" (niektórzy zarzucają mi, że "z kosmosu biorę obliczenia", które są zupełnie w oderwaniu od realiów) wyszło nam, że rzeczywiście poziom eksperta szachowego może być osiągnięty po dłuższym okresie systematycznej, wytrwałej oraz efektywnej nauki.

Zauważmy również, że uczniowie, którym zależy na osiągnięciu sukcesu (tzw. kujony) zaczynając się uczyć angielskiego (od pierwszej klasy szkoły podstawowej) pod koniec szkoły średniej zwykle osiągają bardzo wysoki poziom (co najmniej B2 lub C1), gdyż nie traktują nauki na zasadzie "byle zdać", lecz na bieżąco ćwiczą oraz stale polepszają swoje umiejętności i wiedzę. Przy okazji zwykle uczęszczają na korepetycje, więc nie uczą się dziennie angielskiego po 5 godzin, lecz na pewno średnio po 2-3 godziny (zarówno w szkole, jak i na korkach oraz samodzielnie - biorąc łącznie wszystkie sposoby pod uwagę), więc kończąc szkołę średnią zdają maturę z angielskiego na tzw. rozszerzonym poziomie. Potem już tylko 3 (lub 5) lata studiów i stają się ekspertami (mistrzami) w języku angielskim (oczywiście wymagana jest codzienna praktyka, aby nie tylko mieć teorię w głowie, lecz stale szlifować umiejętności). Zwykle poziom mistrza nazywany bywa "magister". Być może nie od parady ;-).

Osobiście uczę się angielskiego (niestety nie systematycznie, lecz tak jak mi się podoba) ok. 20 lat. Natomiast od 10 lat stale czytuję materiały w języku angielskim: czy to wydanie gazety szachowej (Chessbase news) czy też różne materiały w książkach oraz artykułach. Przy okazji od kilku dobrych lat pomagam także innym w edukacji z języka angielskiego zwykle na poziomie gimnazjum i także szkoły średniej. I teraz słuchając szachowych audycji czy też oglądając filmy zwykle w 90% wyłapuję sens tego co się dzieje. Miałem także praktykę w postaci możliwości rozmawiania z kilkoma osobami z całego świata (z krajów takich jak: Niemcy, Francja, Anglia, Japonia, Hiszpania, Grecja, Ukraina, Norwegia, itp.) i ze wszystkimi z nich bez większych problemów dogadywaliśmy się (najgorszy jest stres i obawa, że "a co jak się zatnę i nie będę wiedział co powiedzieć"). Tak więc potwierdzam "zasadę 10.000 godzin" - bez odpowiednio długiego okresu stałej nauki i utrwalania, powtarzania... nie sposób osiągnąć wysokiego (eksperckiego) poziomu. Proces ten można jednak przyspieszyć poprzez maksymalnie efektywną i systematyczną oraz planową naukę. Jeśli zaś posiada się wyjątkowe cechy (zwykle nazywa się to talentem), wówczas wszystko jeszcze bardziej przyspiesza. Dlatego niektórzy dochodzą do poziomu mistrza (od zera) w ciągu 6-7 lat, co teoretycznie mogłoby wydawać się niemożliwe. Niemniej "w teorii nic nie ginie", więc pamiętajmy, że wtedy, gdy my odpoczywamy albo się bawimy, to inni mogą ciężko pracować. Więc ile muszę pracować, aby być ekspertem? Nie dzień, nie tydzień, nie rok czy aż dwa lata. Jednak po 5, 8, 10 czy 15... stanie się ekspertem jest możliwe jeśli tylko odpowiednio będziemy na to gotowi (i solidnie się do tego przygotujemy). Dlaczego? Ponieważ....


"Mastery is only possible if you prepare to grow"
(Mistrzostwo jest możliwe jedynie wtedy, gdy jesteś na to gotowy/dojrzały do tego) - Josh Waitzkin (bohater filmu "Szachowe Dzieciństwo"; mistrz szachowy i wielokrotny mistrz świata w sztukach walki, tzw. martial arts)


PS. Ja postanowiłem, że szachowo zakończę swoją edukację na poziomie szkoły średniej (jestem w ostatniej klasie), a zakres studiów będę sobie czasami "dziubał", ale nie idę na studia szachowe i nie potrzebuję mieć licencjata czy magistra szachowego :). Zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że wymaga to odpowiedniego podejścia oraz poświęcenia. A na to się nie zgadzam. Znacznie bardziej kręci mnie to, aby się przyglądać, badać i obserwować jak inni to realizują i co o tym piszą oraz własna twórczość (dowodem ten oto blog z radami, wskazówkami i przemyśleniami szachowymi).
PS. Jeśli wszystko dobrze pójdzie to za 2 tygodnie powinienem ukończyć prace nad książkami szachowymi. Jak wszystko będzie zakończone to poinformuję tutaj wszystkich zainteresowanych.

wtorek, 5 kwietnia 2011

Jak często trzeba wygrywać i o tym czy zbyt rzadkie wygrywanie może być nie najlepsze

Tym razem chciałem z Wami się podzielić tym jak często wygrywać.

Otóż wszyscy wiemy, że ranking zaczyna się od 1000, a kończy na 3000 (to taki model, tak naprawdę nikt jeszcze nie przekroczył 2850 - rekord Kasparowa sprzed kilku dobrych lat). Jeśli więcej wygrywamy z silniejszymi (przynajmniej rankingowo) zawodnikami, to szybciej nam ranking rośnie. Natomiast gdy przegrywamy więcej ze słabszymi, to szybciej spada.
Z kolei procent zwycięst jest obliczany jako ilość zwycięstw na 100 partii (wynik %). Przykładowo jeśli na 100 partii wygrywamy 70, to nasz wskaźnik % wygranych wynosci = 70%. Słowem - im więcej wygrywamy (bez względu na to z jak silnymi czy słabymi przeciwnikami) tym wyższy wskaźnik uzyskujemy.

Teraz zastanówmy się czy może być coś w rodzaju optymalnego i zbyt wysokiego lub niskiego wskaźnika. Przykładowo - czy posiadając wskaźnik na poziomie 90% rozwijamy się optymalnie czy nie? A co jeśli nasz wskaźnik utrzymuje się na poziomie 15-20%? To dobrze czy źle? A w ogóle ma to jakiekolwiek znaczenie? Otóż moim zdaniem ma. Dlaczego? O tym poniżej.

Jeśli chcemy się rozwijać szachowo to konieczny jest proces, który zawiera co najmniej dwa czynniki:
1) przegrywanie z zawodnikami silniejszymi (nauka na błędach, które wykorzystują przeciwnicy)
2) wygrywanie z równymi sobie i słabszymi (ćwiczenie i sprawdzanie zdobytej wiedzy i jej wykorzystywanie)

Jeśli zabraknie któregokolwiek z tych czynników (elementów), wówczas nasz rozwój nie będzie optymalny. Oczywiście ważna jest też proporcja obu z nich. Zakładamy, że razem tworzą one całość (100%). Teraz zobaczmy kilka układów i spróbujmy je krótko omówić:

Rozkład A:
Czynnik 1 (przegrywanie) ma wartość 10%, Czynnik 2 (ćwiczenie) osiąga wartość 90%. Co wtedy? Wtedy wychodzi na to, że zawodnik dobiera sobie (albo są mu przydzielani - jeśli to nie od niego zależne) takich przeciwników, którzy nie wpływają na niego pozytywnie. Czemu? Z uwagi na to, że prawie w ogóle (tylko 1/10 przypadków, bo to 10%) nie uczy się niczego nowego, a stale utrwala sobie (wygrywając) zdobytą już wiedzę. Jeśli taki stan będzie trwał dłużej to można szacować, że taki zawodnik będzie stał w miejscu ze swoim postępem. Oczywiście pewnie radość z gry będzie nadal, ale rozwój szachowy raczej będzie zahamowany (a przynajmniej mocno opóźniony w stosunku do optymalnego).

Rozkład B:
Czynnik 1 (przegrywanie) ma wartość 90%, Czynnik 2 (ćwiczenie) osiąga wartość 10%. Co wtedy? Wtedy wychodzi na to, że zawodnik dobiera sobie (albo są mu przydzielani - jeśli to nie od niego zależne) takich przeciwników, którzy również nie wpływają na niego pozytywnie. Czemu? Z uwagi na to, że prawie w ogóle (tylko 1/10 przypadków, bo to 10%, różnica między 100 i 90) nie uczy się niczego nowego, tylko stale przegrywa. Teoretycznie dobrze, bo na błędach się uczymy, prawda? Jednak nie do końca (wyjaśnie poniżej). Natomiast utrwala sobie (wygrywając) zdobytą już wiedzę jedynie w co 10 partii. Jest to zdecydowanie zbyt rzadko, więc tak naprawdę wiedza, którą powinien mieć "w małym paluszku" nie będzie u niego na poziomie automatu (nawyku bez świadomego wysiłku). Jeśli taki stan będzie trwał dłużej to można szacować, że taki zawodnik także będzie stał w miejscu ze swoim postępem (chociaż jeśli będzie ciężko pracował i szybko poprzez analizę wyłapywał błędy oraz je eliminował - to wtedy może "przebić" się wyżej). Oczywiście pewnie radość z gry będzie nadal, ale rozwój szachowy raczej będzie zahamowany (a przynajmniej mocno opóźniony w stosunku do optymalnego).

Teraz krótko o tym, czemu nie możemy za często przegrywać. Otóż są ku temu ważne powody:
a) jeśli przegrywamy za często - nie mamy możliwości utrwalać tego co się nauczyliśmy
b) jeśli przegrywamy za często - zwykle spada nasza wiara w sukces i rodzi się frustracja
c) jeśli przegrywamy za często - to może oznaczać, że albo się nieefektywnie uczymy albo niedostatecznie angażujemy w to co robimy
d) jeśli przegrywamy za często - to może oznaczać, że przegrywamy nie do końca wiedząc w którym miejscu już pozycja była nie do uratowania

Jakie są więc idealne proporcje? Myślę, że takich nie ma, bo KAŻDY zawodnik jest indywidualny oraz każdy jest na innym poziomie. Czasem więc będzie trzeba wskaźnik "podkręcić" (czyli zwiększyć ilość zwycięstw, a więc czynnik sprawdzania i utrwalania zdobytej wiedzy i doświadczenia), a niekiedy konieczne będzie "podkręcenie" wskaźnika nauki (na błędach, czyli popularne "zebranie batów, aby zobaczyć w czym jeszcze jesteśmy słabi/najsłabsi").

Niemniej jeśli nie ma konieczności podkręcania wskaźnika nr 1 czy 2, to moim zdaniem należy starać się, aby wskaźnik zwycięstw utrzymywał się w granicach 45-60%. Czemu taki przedział? Z uwagi na to, że w zależności od naszego poziomu oraz formy (sportowej) wówczas trzymamy się "złotego środka" (teoretycznego) w postaci 50-50. I zauważmy, że odchylenie nie jest takie samo, ponieważ znacznie lepiej (w perspektywnie rozwojowej) jest nieco więcej przegrywać aniżeli wygrywać. Jednak z uwagi na to, że jesteśmy ludźmi (z naszymi potrzebami, pragnieniami, lękami, oczekiwaniami oraz emocjami i umysłem jak i całym charakterem czy też osobowością), to musimy zwracać uwagę na to, aby się często nagradzać. Zwykle najprostszy i najskuteczniejszy ku temu sposób to poprzez zwycięstwa (oczywiście niezbyt łatwe, bo wtedy raczej będzie znużenie, zniechęcenie oraz rozczarowanie).

Podsumowując: starajmy się nieco częściej wygrywać, a nie katujmy się zbyt częstymi (stałymi!?) porażkami czy też zwycięstwami. Oba rozwiązania na dłuższą metę będą niekorzystne dla naszego szachowego rozwoju. Analizowałem przez dłuższy czas statystyki graczy i doszedłem do wniosku, że utrzymywanie wskaźnika powyżej 70% oraz poniżej 30% zwycięstw z reguły powoduje, że nasz rozwój zostaje poważnie (!) zahamowany. Dlatego jeśli mamy taką okazję [a zwykle na kurniku jest taka informacja w statystykach w postaci: "zwycięstw: 4128 (73.4%)"], to co jakiś czas sprawdzajmy (wystarczy 1-2 razy w miesiącu) na jakim poziomie się on kształtuje. Pozwoli to na lepsze dobieranie odpowiednich partnerów do gry (zarówno tych silniejszych jak i tych słabszych).


Na koniec mały przykładzik (często prosicie, aby była nie tylko teoria, więc proszę bardzo):


Zawodnik X: (ranking: 1213)
liczba partii: 1291
zwycięstw: 511 (39.6%)
porażek: 708
remisów: 72

    Widać, że wskaźnik zwycięstw jest zbyt niski (powinien być co najmniej 45%, a jest tylko niecałe 40). Będzie to powodowało, że ten zawodnik nie będzie miał wystarczająco dużo okazji, aby ćwiczyć utrwaloną wiedzę. W tym przykładzie dany zawodnik zdecydowanie za często przegrywa, więc powinien "podkręcić" (podwyżyć) wskaźnik wygranych (do poziomu ok. 55%). Za kilka tygodni, gdy już uzyska wskaźnik w granicach 55-60 to wówczas może znowu wziąć się za dużo silniejszych zawodników i zbierać od nich "szachowe lanie". 


    Zawodnik Y: (ranking: 1712)
    liczba partii: 5622
    zwycięstw: 4128 (73.4%)
    porażek: 1184
    remisów: 310

      Widać, że wskaźnik zwycięstw jest zbyt wysoki (powinien być na poziomie nie wyższym niż 65%, a jest prawie 75). Będzie to powodowało, że ten zawodnik nie będzie miał wystarczająco dużo okazji, aby zdobywać nową wiedzę (uczyć się na błędach, które będą wykazywali mu silniejsi przeciwnicy). W tym przykładzie dany zawodnik zdecydowanie za często wygrywa, więc powinien "podkręcić" (obniżyć) wskaźnik przegranych (do poziomu ok. 55%). Za kilka tygodni, gdy już uzyska wskaźnik w granicach 55-60 to wówczas może znowu wziąć się za nieco słabszych (lub równych sobie) zawodników i sprawdzać na nich zdobytą wiedzę poprzez uzyskane od silniejszych "szachowe lanie".

      niedziela, 3 kwietnia 2011

      Wstęp do polepszania swojej gry - przyczyny porażek i ich eliminowanie

      Każdy robi błędy kiedy gra w szachy - jednak silni gracze nie robią tego samego błędu dwa razy.


      Możemy wyróżnić takie kroki do polepszania swojej gry jak:

      1) Samokrytycyzm. Nie chodzi tutaj o stałe obwinianie się o granie "głupich ruchów" (czy też partii), lecz raczej o to, że jeśli rozgrywasz partię (nie jesteś chory czy też poważnie wyczerpany) to nie powinieneś szukać usprawiedliwień swojej porażki. Zamiast tego w dłuższej perspektywie jest lepiej, abyś poszukał przyczyn porażki - przeanalizował partię i znalazł wszystkie błędy, które popełniłeś (zwłaszcza, te największego kalibru).

      2) Post-mortem. Taka fachowa nazwa określa "analizę partii po zakończeniu" (dosłownie post-mortem znaczy "po śmierci"). Jeśli masz możliwość przeanalizowania partii od razu ze swoim przeciwnikiem czy też chętnymi ku temu osobami (trener, instruktor, silny gracz, szachowi analitycy, itp.) to na pewno będziesz mógł zobaczyć to co widział twój przeciwnik i porównać swoje analizy z jego ocenami. I najważniejsze: nie próbuj "wygrywać" takich analiz. Nie chodzi o to, żeby jedna ze stron miała rację, lecz o to, aby obie strony nauczyły się czegoś nowego i na nowo spojrzały na to co się działo w partii. Tak więc: jeśli jest okazja - analiz i wymieniaj się swoimi wskazówkami na temat partii!

      3) Rozpoznawanie przyczyn porażek i ich eliminowanie. Wśród nich mogą być takie jak: niedoczas, powody psychologiczne, powody techiczne.

      W przypadku niedoczasu to najczęściej scenariusz jest następujący: zawodnik nie gospodaruje czasem w sposób optymalny i pod koniec partii wpada w niedoczas. Następnie potrzeba jeszcze wykonać 20 lub 30 ruchów, aby partia zakończyła się remisem, jednak na każdy z nich potrzeba pewnej ilości czasu, a zawodnik ma go coraz mniej. W efekcie musi ruszać coraz szybciej (dochodzi też zdenerwowanie i czasem nawet panika!) i jego dokładność ruchów już nie jest taka jak być powinna. W rezultacie po 8-10 ruchach podstawia piona albo figurę... i potem przeciwnik spokojnie może "wyklepać" naszego bohatera. Morał? Nie wpadaj w niedoczasy (nie da się tego zawsze unikać, ale warto, aby nie była to reguła, lecz wyjątek) i przy okazji naucz się w nich grać przyzwoicie.

      Jeśli mowa o powodach psychologicznych to można wyróżnić chociażby takie: rozgrywanie pozycji, których się nie lubi, zbytnia pewność siebie, strach przed porażką, strach przed zawodnikiem z wyższym rankingiem (czy też silniejszym od nas), granie pod presją ("muszę wygrać, bo.."), załamanie się porażkami, brak wiary we własne umiejętności, rozbicie psychiczne i emocjonalne. W takich warunkach rozgrywanie partii najlepiej jak tylko potrafimy może być bardzo trudne lub też niemożliwe. Tak więc miejmy świadomość tego, że w pewnych okolicznościach nie będziemy w stanie zagrać tak jak oczekujemy. Oczywiście warto się sobie przyglądać i eliminować wszystkie w/w probemy, które nam towarzyszą. Jeśli boisz się przegrać to pomyśl dlaczego przegrane są dla ciebie powodem do tego, aby się bać. Jeśli nie wierzysz we własne umiejętności (zwykle, gdy zbierzemy "niezłe baty", których nie oczekiwaliśmy i nie potrafimy zrozumieć czy zaakceptować), to pomyśl czy potrafiłeś dawniej grać dobrze czy też nigdy nie byłeś w stanie ograć nawet swojego ukochanego psa.

      Powody techniczne zwykle są związane z tym co się dzieje w czasie partii szachowej, ale jest to niemal całkowicie niezależne od nas. Przykładowo: zbyt wysoka lub niska temperatura, hałas, oświetlenie, bierki szachowe (i szachownica), które są mało estetyczne i jednolite, kibice, którzy nas rozpraszają. W tym przypadku znowu do dyspozycji naszej jest to, aby sprawdzić jaki mamy wpływ na zmianę tych niekorzystnych dla nas elementów. Trudno bowiem rozgrywać dobrą partię, gdy jest nam tak zimno, że musimy ręce trzymać w rękawiczkach czy też gdy słońce bezpośrednio świeci nam w twarz. Ponadto jeśli na sali gry panuje hałas albo wokół nas są kibice, którzy wyraźnie zachowują się zbyt głośno... to nie oczekujmy, że będziemy w stanie zagrać "idealnie". Co wtedy zrobić? Jeśli to możliwe to zmienić, a jeśli nie jest możliwe, aby to jakoś zneutralizować, to starać się tym nie przejmować i "grać swoje". Oczywiście na tyle na ile potrafimy, bo trudno nie przejmować się tym, że dobiega do nas hałas przy którym musimy się skupić i znajdywać stale jak najlepsze ruchy!


      Na dzisiaj jako wstęp mam nadzieję, że to wystarczy. Kolejnym razem spróbuję zająć się opisywaniem poszczególnych elementów o których pisałem poprzednio. A na teraz - polecam przyjrzeć się sobie i zapisywać sobie (w zeszycie, aby mieć pod ręką źródło notatek) te spostrzeżenia dzięki którym zobaczymy, że nasza gra wymaga poprawy. Pamiętajmy, że gra w szachy jest często porównywana do "umysłowego boksu", więc jeśli nie zadbamy o siebie przed wyjściem na "ring", to potem nie miejmy pretensji, że zostajemy za każdym razem poobijani (a niekiedy i nokautowani). Im lepiej rozpoznamy W SOBIE problemy i trudności, które hamują naszą grę i rozwój szachowy... tym wcześniej nasza gra ma szansę na to, aby mogła wspinać się na kolejne wyżyny! Powodzenia!